Rozdział I cz. 9
Wyszłam
z Anną na korytarz. Lazaret był jakąś byłą gotycką świątynią.
Wysokie
sklepienia zwieńczone łukami, wysokie okna w nawach. Wszystko to,
sprawiała wrażenie jakby za rogiem miał stać gregoriański chór
mnichów. Byłyśmy w lazarecie, więc wszędzie unosił się
zapach lekarstw i środków chemicznych. Długi korytarz, po
jednej stronie miał szereg okien, a po drugiej stronie kilka
osobnych wejść do pokoi.
Zapach
chemicznych związków wisiał w powietrzu i gęstniał z każdą
chwilą. Właśnie miałam zapytać Annę, czy gdzieś tu jest jakieś
laboratorium, kiedy poczułam dotkliwy ból w nodze na
wysokości mojej smoczej koleżanki. Ugryzienie było tak silne, że
nie miałam szans zapanować nad bólem, krzyknęłam i
odruchowo się schyliłam, żeby złapać się za miejsce z którego
promieniował ból. Kiedy tylko się schyliłam poczułam jak
ze świstem coś przeleciało nad moją głową, byłam w pół
przysiadzie, więc nie miałam problemu, żeby spojrzeć za siebie.
O
rany! Pierwszy raz w życiu widziałam takiego ogromnego robala.
Ohydna,
ogromna larwa, pełzła w moją stronę. Białawo różowe
cielsko miało chyba ponad dwa metry długości, a średnica miała
koło metra. Smród chemicznych oparów wydostawał się
z jego pyska, którym mielił zbierając ślinę i jad,
szykował się do następnego splunięcia. Uprzytomniłam sobie w tej
chwili przed czym się uratowałam schylając.
Zimny
dreszcz przeszedł mi po plecach. Odruchowo spojrzałam w stronę
Anny, przecież musiała zauważyć co się stało. Anna stała jak
zamrożona, nie ruszała się, nawet nie mrugała, na jej ramieniu
siedział dziwnych rozmiarów karaluch, który przyssał
się do jej skóry. Zrozumiałam że ją ukąsił, żyła
ponieważ można było dostrzec ruchy klatki piersiowej. Wszystko
działo się jak w zwolnionym tempie. Odwróciłam głowę w
stronę stwora, który zdążył już unieść górną
część tułowia i szykował się do oplucia mnie. - O nie
doczekanie twoje – Pomyślałam rozwścieczona - - Żebym miała
chociaż któryś z tych starych mieczy, które wisiały
u Anny nad kominkiem- W tym samym momencie poczułam chłód
stalowej rękojeści w dłoni, a zaraz potem zmaterializował się w
niej, przecudnie, długi i ostry floret. Może nie była to najlepsza
broń na robale, ale nie ma co wybrzydzać. Zdecydowanie wolała bym
coś bardziej masywnego, ale z braku laku. Zanim się zorientowałam,
co tak właściwie, się dzieje, byłam już wyprostowana i gotowa do
walki. Nie myślałam nad tym co mam robić, działałam całkiem
instynktownie. Mocno się wybiłam i szybkim sprawnym ruchem
przekoziołkowałam do przodu, w stronę obrzydliwca .podniosłam się
dokładnie w momencie w którym ślina bydlaka przylepiała się
do posadzki w miejscu w którym stałam przed chwilą. Nie
mogłam pozwolić mu na zebranie następnej porcji jadu.
Szybko
natarłam z całej siły na larwę celując w sam środek mordy,
Byłam niesamowicie szybka, nie zdążył zamknąć paszczy, kiedy
floret zaczął zagłębiać się w galaretowatym cielsku. Poczułam
na dłoniach, bo oburącz trzymałam floret, galaretowate krople
piekącego śluzu. Ohyda, aż mnie otrzepało. Co za obrzydlistwo,
żeby mieć to jak najszybciej za sobą przekręciłam dłonie i
spróbowałam floret skierować jak najwyżej żeby przebić
mózg stwora. Było to chyba nie potrzebne, bo cielsko zaczęło
wiotczeć, a z jego ślinianek zaczęło płynąć jeszcze więcej
zielonkawo żółtego śluzu. Z obrzydzeniem cofnęłam ręce,
ale nie udało mi się ich wyrwać z mordy potwora, musiałam puścić
broń, wbiłam ją tak głęboko, że nie miałam siły jej wyrwać.
Zabrałam ręce, odskoczyłam do tyłu, łeb stwora opadał
bezwładnie na ziemię. Z jego mordy wyleciał jeszcze jeden strumień
śluzu, trafił mnie prosto w twarz. Poczułam pieczenie i odruchowo
próbowałam obetrzeć maź z twarzy i oczu. Wiedziałam że
bydle zabiłam. Ale nie mogłam sobie darować że mnie jeszcze tak
ufajdał. Kiedy tak walczyłam z śluzem i obrzydzeniem usłyszałam
zbliżające się kroki, kilku osób, słyszałam że ktoś
nadbiega. Czemu jak Anna nie mogę w magiczny sposób pozbyć
się z twarzy tego cholernego paskudztwa.
Jak
za dotknięciem czarnoksięskiej różdżki z mojej twarzy
wyparowała cała maź. Wyprostowałam się, opierając plecy o
ścianę. Podniosłam głowę odrywając dłonie, czułam śluz
spływający po moim ubraniu. Musiałam w końcu otworzyć oczy,
czułam że twarz mam całkowicie wolną od tego paskudztwa. Jednak,
kiedy tylko je otworzyłam, natychmiast zamknęłam z powrotem.
Szlak
by to trafił – Pomyślałam wściekła i jeszcze raz otworzyłam
oczy. Przede mną stał młody mężczyzna, sporo o de mnie wyższy. O bajecznie zielonych oczach
Życie nie jest w porządku nawet jak już
nie żyjesz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz